Bydgoskie tulipany…

Bydgoskie tulipany...

Tulipan czerwony z grupy pełny wczesny będzie nosił nazwę Bydgoszcz. Na sesji Rady Miasta miało miejsce uroczyste nadanie nazwy temu tulipanowi. Kwiat został wyhodowany przez Jana Ligtharta z miejscowości Den Holder w Holandii. Nazwa Bydgoszcz dla tego konkretnego gatunku tulipana zostanie wpisana do rejestru Royal Horticultural Society w Londynie oraz do Międzynarodowego Spisu Nazw Tulipanów. Certyfikat potwierdzający nadanie imienia wręczył władzom miasta sam Jan Ligthart. Ojcem chrzestnym i pomysłodawcą nadania tulipanowi imienia Miasta jest Piotr Pukszto z Bydgoszczy.

Obrazek | Opublikowano by | Dodaj komentarz

Nowa Łuczniczka przed operą

Łuczniczka Nova – tak nazywa się rzeźba, której autorem jest Maciej Jagodziński-Jagenmeer z toruńskiego Studia Jagenmeer. To on wpadł na pomysł wykonania współczesnej wariacji na temat symbolu Bydgoszczy, który dziś stoi nieopodal teatru w parku Kochanowskiego.

Link | Opublikowano by | Dodaj komentarz

Memu miastu na urodziny…

Memu miastu na urodziny...

Bydgoszcz i bydgoszczanie mają dziś swoje święto. 667. rocznica nadania praw miejskich. Najlepsze życzenia dla Bydgoszczy i jej mieszkańców.

Obrazek | Opublikowano by | Dodaj komentarz

„Brąz będzie jak złoto”

Siatkarze Delecty rozpoczynają walkę o brązowy medal w PlusLidze. Według środkowego zespołu, Andrzeja Wrony, jeśli uda się go zdobyć, będzie równie cenny jak złoty. Bydgoszczanie zmierzą się z Jastrzębskim Węglem.

Link | Opublikowano by | Dodaj komentarz

O Belino!

Zainspirowana linkiem podesłanym mi przez znajomego studenta, postanowiłam podzielić się piosenką kibiców bydgoskich klubów.

Jej korzenie tłumaczy na swym blogu Andrzej Wrona:

Jest w naszej drużynie od zeszłego sezonu. Wprowadził ją nasz maser – Tomek. Tomek nauczył się jej od trenera piłkarzy Zawiszy, gdzie kiedyś pracował. Ten poznał ją, będąc kiedyś w Chorwacji od jednego z tamtejszych kibiców piłkarskich. Tak więc z ręki do ręki przywędrowała ona do nas. Jej pochodzenie to trochę taka legenda, ale przyjmijmy, że jest to pieśń chorwackich kibiców. 😉

Michal Cerven także wspomina:

Oczywiście, że miałem okazję wykonać O Belino. Nie tylko w tym roku Delecta śpiewa tą piosenkę, również w tamtym roku, po ważnych zwycięstwach śpiewaliśmy!

W ten sam sposób świętują piłkarze Chemika, Polonii i Zawiszy. Oby zawodnicy tych drużyn mieli do tego jak najwięcej okazji! (Najbliższa już 7. kwietnia – mecz Delecty z Jastrzębskim Węglem o 3. miejsce.)

Film | Opublikowano by | Dodaj komentarz

Zajączek i przywoływki, czyli o wielkanocnych zwyczajach

ObrazekSkąd pochodzi zwyczaj dawania prezentów podczas świąt wielkanocnych?

Na nasz teren „zajączek” przywędrował prawdopodobnie z Niemiec. Na całym Pomorzu i w Wielkopolsce zwyczaj ten jest rozpowszechniony. Zając, który roznosi prezenty, związany jest prawdopodobnie z wiosną, czyli czasem obchodzenia święta Zmartwychwstania Pańskiego.

Jakie inne zwyczaje królują w Polsce podczas świąt wielkanocnych?

Przede wszystkim dekorowanie domów. Jest to element tradycji znany także w innych regionach. Typowe dla świąt są na przykład palemki wielkanocne i ozdoby na przykład z oziminy. Śmigus-dyngus, podczas którego polewamy się wodą, wygląda bardzo różnie w pozostałych regionach Polski. W niektórych częściach używa się brzozowych witek po to, by łaskotać domowników. Nie można tego zwyczaju mylić z „bożymi ranami”, czyli smaganiem ostrymi witkami w Wielki Piątek domowników po stopach zaraz po przebudzeniu. To symboliczny znak męki Chrystusa i ran, które były mu zadawane tuż przed śmiercią.

Jakie zwyczaje są typowe dla naszego regionu?

Przede wszystkim obdarowywanie się prezentami, które dzieciom przynosi nasz regionalny zając. W pozostałych częściach kraju to zwyczaj zupełnie nieznany. Nasz „zajączek” nie ma nawet odpowiednika w innych regionach kraju, mimo że pojawia się przecież na świątecznych kartkach.

Skąd biorą się te dość istotne różnice?

Wszystko zależy od wpływów, którym podlega dany obszar. Kujawsko-Pomorskie leży w strefie wpływów zarówno z północy jak i z południa. Dlatego w niektórych domach w naszym regionie zobaczymy kraszanki – wydmuszki pomalowane w jednolity odcień, który można uzyskać przez barwienie ich w korze dębowej lub buraczkach. Pisanki, pomalowane w różnobarwne wzory, przywędrowały do nas z południa Polski. Przy ich wykonaniu przydatne są rozmaite techniki, takie jak na przykład naklejane wycinanki. W niedzielę palmową mieszkańcy zanoszą do kościołów palmy. W Kujawsko-Pomorskiem królują palemki wileńskie, czyli takie, które teraz możemy kupić. Kiedyś zbierano bazie, polne kwiaty i listki, z których tworzono specjalny bukiecik. Wedle wierzeń poświęconą palmę wkładało się najczęściej za ramę obrazu. Jej zadaniem było chronienie nas od złego.

Jaki znaczenie ma woda, którą polewamy się w „lany poniedziałek”?

Woda oznacza oczyszczenie, narodziny czegoś nowego. Kiedyś zwyczaj wymagał, by cała rodzina na znak oczyszczenia zanurzała się w jeziorze. Na Kujawach popularne były też „przywoływki kujawskie”. Grupa chłopców wywoływała z grona dziewcząt poszczególne osoby, po to, by na oczach wszystkich polać je obficie wodą. Wywołujący chłopiec stał zazwyczaj na dachu stodoły lub na wysokim dębie. Dziewczyna musiała nasłuchać się często obelg pod swoim adresem. Dziś pozostał żartobliwy zwyczaj polewania się nawzajem wodą.

Rozmowa z językoznawcą dr hab. Marią Pająkowską-Kensik.

Źródło: http://www.express.bydgoski.pl/look/article.tpl?IdLanguage=17&IdPublication=2&NrIssue=1267&NrSection=1&NrArticle=28135&IdTag=18

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Bydgoskie debatowanie na mistrzowskie finały

528997_357712357670938_140287173_n

Drużyna I Liceum Ogólnokształcącego im. Cypriana Kamila Norwida w Bydgoszczy awansowała do fazy finałowej Mistrzostw Polski Debat Oksfodzkich z drugiego miejsca w swojej grupie, za II Liceum Ogólnokształcącym im. Jana III Sobieskiego w Krakowie. Powodzenia i sukcesów!

Obrazek | Opublikowano by | Dodaj komentarz

Bydgoskie debatowanie na Mistrzostwach Polski

Bydgoskie debatowanie na Mistrzostwach Polski

Już jutro drugi dzień fazy eliminacyjnej Mistrzostw Polski Debat Oksfordzkich. Trzymajmy kciuki za drużynę z I Liceum Ogólnokształcącego im. Cypriana Kamila Norwida w Bydgoszczy!

Obrazek | Opublikowano by | Dodaj komentarz

Leon Barciszewski – ostatni gospodarz przedwojennej Bydgoszczy

Barciszewki schemax Urodził się w drobnomieszczańskiej rodzinie. Jego ojciec – Eustachiusz, był mistrzem kowalskim[1]. Jego duchowość kształtowała się w czasach zaborów. Uczęszczał do szkół w Poznaniu, jednak z powodu „nieprzejednanego stanowiska” swego ojca wobec antypolskiej polityki pruskich władz został relegowany. Podawał później, że posiada „wykształcenie średnie bez złożenia egzaminów”. Postawa ojca przyczyniła się w dużym stopniu do ruiny finansowej, w jaką popadła rodzina Barciszewskich, a przyszłego prezydenta Bydgoszczy zmusiła do opuszczenia rodzinnych stron. Po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej w niemieckiej armii, udał się do Berlina. Pracował tam jako ślusarz   i kształcił się we własnym zakresie. Zamierzał zostać technikiem,  a w dalszej perspektywie – nawet inżynierem. Rozpoczął także pracę społeczną wśród Polonii. Z każdym dniem przygasało w nim zainteresowanie techniką, natomiast potęgowało się pragnienie poświęcenia się sprawom społecznym i gospodarczym. Studiował ustawodawstwa socjalne państw Europy. Zaczął pisywać artykuły m.in. do „Ruchu Chrześcijańsko-Społecznego” wydawanego w Poznaniu, „Kraju” – organu Towarzystwa Emigracyjnego w Krakowie, był stałym współpracownikiem „Dziennika Berlińskiego”[2], a w latach 1912-1920 – współwłaścicielem i wydawcą tej gazety. Był prezesem Związku Towarzystw Polskich, członkiem zarządu i prezesem Towarzystwa Przemysłowców Polskich, członkiem Towarzystwa Metalowców Polskich w Berlinie oraz Towarzystwa Wyborczego Berlin – Wedding. W latach 1908 – 1911 działał aktywnie w Polskim Komitecie Politycznym w Berlinie

Gdy w roku 1910 powstała w Poznaniu myśl powołania do życia towarzystwa mającego na celu zorganizowanie polskich pracowników sezonowych z Królestwa Polskiego i Galicji, był już Barciszewski na tyle znany, że zaangażowano go do prac przygotowawczych. W 1911 roku powstało ostatecznie Towarzystwo Opieki nad Wychodźcami Sezonowymi z siedzibą w Poznaniu. Inicjatorami jego powołania byli Karol Rose, Władysław Berkan i Leon Barciszewski. Od stycznia 1912 roku miało ono drugą siedzibę w Berlinie, Barciszewski był jego sekretarzem. Zaangażował się jednocześnie  w działalność Towarzystwa Polskiego Przytulisko w Berlinie – organizacji charytatywnej opiekującej się polskimi robotnikami przyjeżdżającymi do stolicy Rzeszy[3].

Po wybuchu I wojny światowej, już w sierpniu 1914 r., z inicjatywy Komitetu Politycznego, zorganizowano Komitet opieki nad Rodzinami Polskimi. W miesiąc później    z koncepcji Leona Barciszewskiego narodził się Komitet dla Bezdomnych, który opiekował się rosyjskimi jeńcami wojennymi narodowości polskiej, robotnikami sezonowymi, internowanymi i wszystkimi rodakami, którzy znaleźli się w Niemczech w trudnej sytuacji. Jako poddany niemiecki, został Barciszewski w 1915 roku zmobilizowany do armii. W czerwcu 1916 r., w wyniku zabiegów Banku Skarbona został zwolniony z wojska, wrócił do Berlina i został członkiem zarządu Skarbony. Stanowisko to piastował do 1918 roku[4]. Równocześnie podjął działalność w Komitecie Politycznym. Z jego ramienia od lipca 1917 roku brał udział w pracach Komisji do Spraw Wychodźstwa[5]. Po ukonstytuowaniu się w grudniu 1917 roku Komitetu Reemigracyjnego w Berlinie pełnił  w nim funkcję skarbnika         i delegata Rady Narodowej w Poznaniu[6]. Na początku 1918 roku był jednym z organizatorów Towarzystwa Pomocy Naukowej dla młodzieży z Berlina i okolic.  W roku 1919 uczestniczył w reorganizacji Komitetu Politycznego, a po utworzeniu 18 maja 1919 roku Komitetu narodowego Polaków po prawym brzegu Łaby z siedzibą w Berlinie, został jego członkiem.  Pozostał w nim do 1920 r.

W listopadzie 1918 r. został zaangażowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Warszawie do pracy w służbie dyplomatycznej. Został początkowo sekretarzem,                    a następnie zastępcą Konsula Generalnego w Berlinie. Przeprowadził „samodzielnie repatrycje ca 200.000 polskich jeńców cywilnych i wojskowych”. 25 września 1919 r. mianowano go agentem konsularnym i polecono mu objąć Agencje Konsularną w Essen. Kiedy przekształcono ją w Wicekonsulat i Konsulat Polski, pracował kolejno na stanowiskach wicekonsula ( 1919 ), konsula II klasy ( 1920 ) i, od 1 lipca 1924 roku, konsula I klasy.

Jednym z jego zadań specjalnych na tym stanowisku było studiowanie działalności samorządów miejskich, natomiast francuska okupacja Ruhry w styczniu 1923 roku nałożyła na Barciszewskiego jako konsula „specjalne obowiązki służbowe natury niesłychanie delikatnej”. Francja udekorowała go w czerwcu 1924 r. orderem Legii Honorowej, natomiast polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych dziękowało mu za umiejętne i gorliwe przeprowadzenie opcji w Westfalii i Nadrenii oraz działalność związaną z kwestią robotników polskich w Zagłębiu Ruhry. Dyplomata Alfred Wysocki wspominał : „Wyjechałem najpierw do Essen, gdzie około osiemdziesięciu urzędników z dzielnym konsulem Barciszewskim pracowało po czternaście godzin na dobę, aby podołać tysiącom próśb o obywatelstwo polskie, wydanie paszportu i uzyskanie pozwolenia na wyjazd do północnej Francji, gdzie chętnie przyjmowano polskich górników do kopalń zniszczonych przez Niemców. W Essen przestałem wierzyć w nieodzowność studiów uniwersyteckich i dyplomów. Oto nasz konsul był z zawodu ślusarzem i samoukiem, a jak świetnie i oryginalnie potrafił zorganizować jeden z najczynniejszych naszych urzędów konsularnych! Powprowadzał jakieś kolorowe karty meldunkowe, których barwa prowadziła klienta wprost do referenta jego sprawy, jakieś taśmy ruchome z biegnącymi aktami, jakiś fordowski system pracy biurowej, której wydajność została co najmniej o 50 procent zwiększona! Podczas okupacji Ruhry zwiedzali konsulat różni francuscy i angielscy oficerowie i urzędnicy, wyrażali się z największym uznaniem o jego organizacji i sprawności. Ja też byłem pełen podziwu i pochwał dla pana Barciszewskiego, który orientował się także dobrze w bardzo zawiłej sytuacji gospodarczej okupowanej Ruhry. Jako robociarz był on nader popularny wśród wielotysięcznej rzeszy robotników zatrudnionych albo w przemyśle Ruhry, albo w westfalskich kopalniach węgla”[7].

Już w 1922 roku Barciszewski zgłosił swoją kandydaturę na stanowisko prezydenta Bydgoszczy. Przegrał konkurs z Bernardem Śliwińskim, zaledwie o jeden głos. W 1923 r. ubiegał się o prezesurę Okręgowego Urzędu Ziemskiego w Poznaniu. Z zabiegów tych zrezygnował na sugestię władz polskich, doradzających mu pozostanie w Essen.

Jego pragnienie powrotu do Ojczyzny ziściło się w  marcu 1924 r. 16 października tego roku został wybrany na I burmistrza Gniezna. Po zatwierdzeniu na tym stanowisku, zwolniono go 18 listopada 1924 r. ze służby dyplomatycznej. 10 marca 1925 roku rozpoczął urzędowanie w Gnieźnie. Jednym z pierwszych jego zadań było sfinalizowanie starań o nadanie mu statusu miasta wydzielonego. Udało się tego dokonać 1 lipca 1925 roku. Burmistrz Barciszewski otrzymał wówczas tytuł prezydenta[8]. Swą uwagę skupił na gospodarce komunalnej. Za jego kadencji przebudowano szpital miejski, pobudowano dom opieki społecznej, wzniesiono kilka domów dla ubogich, zmodernizowano elektrownię i gazownię, przebudowano rynek i szereg ulic, wykupiono z rąk niemieckich dwa budynki i połączono je w kompleks szkolny żeńskiego gimnazjum. Wielu mieszkańców Gniezna widziało w nim dobrego gospodarza. Byli jednak tacy, którzy twierdzili, że jego gospodarka finansowa prowadzi do zadłużenia, a nawet widzieli w jego rządach „bandytyzm”.  On natomiast tłumaczył, że majątek miasta wzrósł w trakcie jego prezydentury znacznie bardziej, niż zadłużenie, a „miasto zmieniło zupełnie swoją szatę zewnętrzną”. Różnego rodzaju przedsięwzięcia, jakie podejmował ( budownictwo komunalne, zbiórki pieniężne organizowane m.in. przez działający od 1930 r. Komitet Pomocy Bezrobotnym, opodatkowanie mieszkańców na rzecz lokalnego Funduszu Bezrobocia i inne ) przyczyniły się do złagodzenia skutków bezrobocia.

Trudno jednoznacznie określić i ocenić polityczną postawę Barciszewskiego w latach jego prezydentury w Gnieźnie. Nie należał do żadnej partii politycznej, jednakże jego sympatie były po stronie ugrupowań narodowo-demokratycznego i chrześcijańsko-demokratycznego. W dniach przewrotu majowego gnieźnieńska PPS krytykowała go           za „niejasną postawę”, więc za to, że nie poparł Piłsudskiego, a nawet zażądała usunięcia  go ze stanowiska. Na posiedzeniu Rady Miejskiej w końcu maja 1926 roku radni lewicowi wskazywali na „brak współdziałania władzy miejskiej z wszystkimi warstwami miasta”. Po przewrocie prowadził Barciszewski politykę umacniania sił antysanacyjnych poprzez subwencje, zapomogi, fundacje. Sanacja, zmierzająca do opanowania sytuacji w mieście, postanowiła przede wszystkim przejąć stanowisko prezydenta miasta.

W 1932 r. Leon Barciszewski opuścił Gniezno. 23 września tego roku Rada Miejska       w Bydgoszczy uczyniła go prezydentem na okres 12 lat. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wkrótce wybór ten zatwierdziło i 8 listopada 1932 roku wojewoda poznański Roger hrabia Raczyński uroczyście wprowadził Barciszewskiego na urząd, obejmowany po prawie dwuletnim „kryzysie prezydenckim”, w niemal 120-tysięcznym mieście, w momencie,       gdy kryzys ekonomiczny osiągał swe dno[9]. Należało pilnie zająć się dokończeniem budowy szpitala miejskiego i elektrowni. Prezydent-elekt stwierdził : „Jestem świadom ciężaru swego urzędu, bo zdaję sobie sprawę,  w jakich w tej chwili żyjemy warunkach ekonomicznych. Nie łudzę się też, jakoby poprawa tego stanu stała przed naszymi drzwiami ( … ) Czeka nas praca ciężka i bardzo mozolna”.

Barciszewski zdołał pozyskać środki na ważne dla miasta inwestycje, przede wszystkim na ukończenie budowy szpitala na Bielawkach[10] i elektrowni na Jachcicach. Za jego prezydentury pobudowano i unowocześniono szereg zakładów przemysłowych, m.in. fabrykę „Karbid Wielkopolski” i „Kabel Polski”. Rozbudowano rzeźnię miejską, która stała się siedzibą firmy Bacon Export – największego przedsiębiorstwa tego typu w Polsce. Rozwinęło się przedsiębiorstwo transportu wodnego Lloyd Bydgoski. Barciszewski pobudzał rozwój budownictwa, także socjalnego. Przyczynił się do zmniejszenia zadłużenia miasta. Przeciwstawiał się gospodarczej dyskryminacji miasta, uprawianej przez poznańskie władze wojewódzkie. Stąd też wspierał dążenia do włączenia Bydgoszczy do województwa pomorskiego, które zostały uwieńczone sukcesem w kwietniu 1938 roku[11]. Gród nad Brdą nie stał się jednak stolica tego województwa, o co usilnie zabiegano.

Za prezydentury Barciszewskiego liczba bezrobotnych w mieście spadła, w porównaniu      do roku 1932, o połowę. Prezydent miał w tym spore zasługi, choć ważną rolę odegrała także korzystna koniunktura końca lat trzydziestych. Nie dochodziło do ostrych konfliktów społecznych, jednakże nie można pominąć milczeniem używania siły przeciw demonstracjom bydgoskich robotników i bezrobotnych, a także stosowania represji wobec ich organizatorów. Działania te, jakkolwiek motywowane chęcią zapewnienia spokoju i porządku publicznego, można by, moim zdaniem, potraktować jako największe „przewinienie” prezydenta,  za które był on, nie całkiem bezzasadnie, atakowany.

Pełnienie urzędu przez Barciszewskiego przypadło na okres ostrej walki dwu stronnictw – chadecko-endeckiego, posiadającego nad Brda tradycyjne wpływy, oraz sanacyjnego, dążącego do zdobycia przewagi. O postawie prezydenta w tej walce Julian Suski, starosta bydgoski, pisał : „Barciszewski był zdolnym gospodarzem i rozumnym człowiekiem, ale politycznie lubił siedzieć na dwu, a nawet na trzech stołkach. Przypuszczam, że w duszy był przeciwnikiem istniejącego systemu, choć jawnie się nie angażował. Rząd jednak o tym wiedział i wymagał ode mnie >>łamania kości<< w stosunku do endecji, z którą Barciszewski żył w czułej zgodzie”. Czy taka zgoda faktycznie istniała – nie sposób dziś ustalić, choć sanacja mogła z pewnością mieć za złe prezydentowi, że nie poparł jej jednoznacznie.

Mniejszość niemiecka w mieście liczyła ok. 10 tys. osób ( 6,8 – 7,9 % ). Była ona skonsolidowana i silna ekonomicznie. Własność niemiecka w nieruchomościach ziemskich obejmowała niemal 20 %. W posiadaniu Niemców bydgoskich było 25 przedsiębiorstw przemysłowych, handlowych i rzemieślniczych. Wśród przedstawicieli tej mniejszości proletariat prawie nie istniał.

Stosunki władzy i społeczeństwa polskiego z Niemcami przybierały rozmaite formy.  W latach 1936 – 1937 na polecenie rządu starano się o „sprawiedliwe i dobre stosunki z mniejszością i jej przedstawicielami”. Czyniono dla nich ułatwienia w zakresie                        np. szkolnictwa niemieckiego czy niemieckiego ruchu spółdzielczego. Polityka ta przynosiła początkowo dobre rezultaty, jednak po konferencji monachijskiej w 1938 roku koegzystencja uległa radykalnej zmianie. „Niemcy bydgoscy podnieśli głowy, zaczęli unikać stosunków z Polakami, przestali kupować w polskich sklepach i starali się zamykać w swoich tylko kołach i stowarzyszeniach”. Z kolei Polacy, podejrzliwi i ostrożni, niekiedy nawet oskarżający władze o „nadmiernie lekka rękę w stosunku do Niemców”, zaczęli demonstrować swą wrogość wobec niemieckich współmieszkańców, m.in. poprzez bojkot niemieckich sklepów czy wybijanie szyb. W ostatnich tygodniach przed napaścią hitlerowskiej Rzeszy na Polskę pokojowe współżycie dwu narodowości zastąpiła  coraz jawniej demonstrowana wrogość. Władze bydgoskie na poufną prośbę Warszawy sporządziły spis wszystkich Niemców podejrzanych o działalność antypaństwową. Figurowało na nim 130 nazwisk.  W nocy z 1 na 2 września policja aresztowała ponad 80 osób umieszczonych w owym spisie. Dano im czas na pożegnanie się z rodziną i spakowanie niezbędnych rzeczy.

Barciszewski w czasie swego wieloletniego pobytu, choćby w Berlinie czy Essen, miał okazję dokładnie poznać mentalność Niemców. Przekonał się, iż jest to naród praworządny i pracowity. Miał wśród jego przedstawicieli, zarówno w Rzeszy, jak i w Polsce, znajomych. Trudno byłoby posądzać tego człowieka, demokratę z najczystszych przekonań, o wrogi stosunek do tej mniejszości w Bydgoszczy. Zależało mu, jako zwierzchnikowi administracji miejskiej, na poprawnej koegzystencji. Pilnował jednak konsekwentnie, by działalność bydgoskich Niemców mieściła się w ramach zakreślonych prawem i by wypełniali oni lojalnie swe obowiązki wynikające z obywatelstwa.

Życie kulturalne w Grodzie nad Brdą zaczęło bić w połowie lat trzydziestych żywszym tętnem. Obdarzony energią i pomysłowością prezydent snuł liczne plany przebudowy i rozbudowy miasta. Zamierzał przekształcić Stary Rynek i Plac Teatralny  oraz ulicę Mostową.

Mimo licznych obowiązków Barciszewski znajdował czas na aktywną działalność społeczną w różnorodnych towarzystwach i stowarzyszeniach. Był m.in. prezesem Związku Popierania Turystyki i przewodniczącym Miejskiego komitetu Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego. W latach 1924 – 1939 aktywnie uczestniczył w pracach Koła Miast Wielkopolskich[12] i Związku miast Polskich[13]. W latach 1937 – 1938 był przedstawicielem Związku Miast Polskich w Państwowej Radzie Komunikacyjnej. Nie zaniedbywał także działalności gospodarczej. Jako prezydent Bydgoszczy był dwukrotnie wybierany na stanowisko prezesa komunalnego Związku Kredytowego Wielkopolski i Pomorza oraz prezesa Komunalnego Banku Kredytowego z siedzibą w Poznaniu. W 1937 został prezesem Związku Kas Komunalnych województwa poznańskiego  i pomorskiego. Jako znawca zagadnień samorządowych, uczestniczył z ramienia Związku Miast Polskich m.in. w Międzynarodowym Kongresie Miast Polskich w Londynie ( 1932 r. ), a także w Międzynarodowym Kongresie Kas Oszczędności w Zagrzebiu ( 1937 r. ). Od 1933 r. był przewodniczącym Lloyda Bydgoskiego Spółki Akcyjnej. Działając w firmie Bacon-Export przyczynił się do rozwoju „przemysłu bekonowego”, którego Bydgoszcz stała się jednym z największych w Polsce ośrodków. Na wniosek Barciszewskiego Związek Miast Polskich powołał nawet specjalną „komisję bekonową”.

Jedyną regułą jego dnia była praca. Korzystał z niewielu rozrywek, nie palił,                 był abstynentem. Rzadko mógł pozwolić sobie na spędzanie czasu w towarzystwie przyjaciół. Cechowała go „absolutna punktualność”. Nigdy nie spóźniał się bez ważnej przyczyny i tego samego oczekiwał od innych. Jego córka wspominała : „Miał zegarek chodzący z idealną dokładnością i nieraz miałam wrażenie, że według tego zegarka musi chodzić cała Bydgoszcz”. Miał jednak opinię człowieka „dobrego serca i złotego humoru”. Z tego płynęły jego uprzejmość, uczynność, pogodne usposobienie, ciągła skłonność do żartów, a co za tym idzie – powszechna sympatia i szczera życzliwość. Namiętnie kolekcjonował karykatury, zwłaszcza własne. Wypraszał je w pismach je zamieszczających i umieszczał w swym gabinecie. Należał do ludzi skromnych.

Dla Barciszewskiego agresja niemiecka z września 1939 r. była bez wątpienia niezwykle ciężkim przeżyciem, choć fakt ten nie zaskoczył go. Wojny spodziewał się już od 1938 roku, od zajęcia przez Polskę Zaolzia. Był przekonany o nieuchronności militarnej konfrontacji, chociaż nie dopuszczał do siebie myśli, że Polska mogłaby ponieść klęskę. Jeszcze latem 1939 r. wybierał się, wraz ze swym synem Januszem, do USA, gdzie planował przebywać cztery miesiące. Wyjazd ten uniemożliwiły zarządzenia mobilizacyjne. Pozostał w mieście, wysyłając rodzinę do Warszawy. Sądził, że w Bydgoszczy uda się utrzymać front     i odeprzeć ataki Niemców. Deprymująco musiały na niego wpłynąć wiadomości o odwrocie polskich wojsk, którego był zresztą bezpośrednim świadkiem w Bydgoszczy.

Przepisy mobilizacyjne przewidywały, ze z chwilą wybuchu wojny bezpieczeństwo miasta podlegać będzie dowódcy lokalnego odcinka obrony – generałowi brygady Zdzisławowi, który kierował 15 Dywizją Piechoty i garnizonem bydgoskim. Jemu to starosta bydgoski Julian Suski 1 września 1939 r. powierzył sprawy bezpieczeństwa Bydgoszczy. Mimo trudnej sytuacji w mieście, o ewakuacji władz i urzędów na razie nie było mowy. Starosta Suski trwał na stanowisku, utrzymując stały kontakt z gen. Przyjałkowskim, wojewodą pomorskim Władysławem Raczkiewiczem, podległymi sobie gminami. Obserwował nastroje ludności i uczestniczył w życiu miasta. Dopiero na wyraźny rozkaz   gen. Przyjałkowskiego, wydany 3 września o godz. 19.00 opuścił miasto w towarzystwie kilku urzędników zakwalifikowanych w zarządzeniach mobilizacyjnych do ewakuacji.

Barciszewski w Bydgoszczy pozostawał do 3 września. Opuścił ją tego dnia w godzinach popołudniowych, a więc jeszcze przed rozkazem gen. Przyjałkowskiego. Wydaje się,            że powodem owego wcześniejszego wyjazdu było nie tyle zarządzenie wojewody Raczkiewicza o ewakuacji urzędników, co przede wszystkim załamanie nerwowe prezydenta. Można je w pełni zrozumieć, jeżeli pamięta się, iż już wcześniej lekarze stwierdzili u niego „niedomogę nerwową”. Prezydent opuścił swój gród. Przez Inowrocław udał się do Włocławka, gdzie ewakuujący się prezydenci miast pomorskich mieli spotkać się  z wojewodą pomorskim.  Ten w atmosferze pogłębiającego się stanu dezorientacji zarządził dalszą ewakuację. Barciszewski udał się do Warszawy, a następnie, już z rodziną, przez Lublin i Dubno do Lwowa, a stamtąd w stronę nadgranicznych Zaleszczyk. Trudno stwierdzić, czy zamierzał wybrać emigrację. Granicy z Rumunią nie przekroczył. Wrócił do Lwowa. W ostatnim tygodniu września uzyskał od władz sowieckich pozwolenie na powrót do Bydgoszczy, dokąd wyruszył autem przez Lublin, Warszawę, Włocławek i Inowrocław. Do Bydgoszczy dotarł w niedzielę, 9 października.

Dzieje tułaczki opisuje Władysław Czarnowski : „Gdy po mniej więcej czterdziestodniowym marszu dotarliśmy o Lwowa, byłem fizycznie kompletnie wyczerpany. Moja sytuacja finansowa też wyglądała niewesoło – żołdu nigdy nam nie wypłacono i całym moim majątkiem była zniszczona odzież i kilkanaście złotych polskich.

            Przechodząc ulicami w smętnym nastroju, spotkałem niespodziewanie bydgoskiego prezydenta miasta – Leona Barciszewskiego. Znaliśmy się pobieżnie z kontaktów towarzyskich. Byłem więc trochę zdziwiony, kiedy zaproponował mi powrót samochodem do rodzinnego miasta. Usłyszawszy, że ze mną jest mój bydgoski kolega, zaprzyjaźniony  z  nim doktor Franciszek Czajkowski, jeszcze bardziej do tego planu namawiał zaznaczając,      że dostał od władz radzieckich pozwolenie na wyjazd do Bydgoszczy. >>Wam, jako lekarzom nie spadnie włos z głowy i Niemców nie macie się co obawiać<< – odpowiadał na nasze zastrzeżenia. ( … )

Zgodziliśmy się na propozycję pana Barciszewskiego, który był w towarzystwie żony,  syna i córki. Pięknego dna w przedostatnim tygodniu września wyruszyliśmy w powrotną podróż do nadbrdziańskiego grodu.

Eskapada ta była dosyć niesamowita i dokładniejszy jej opis wypełnić by mógł grubą księgę awanturniczą. Nareszcie dotarliśmy do Lublina, gdzie staraliśmy się u władz niemieckich o dalsze pozwolenie wyjazdu do Bydgoszczy. Lecz sprawa przeciągała się z dnia na dzień. Wreszcie kolega Czajkowski wpadł na pomysł, aby zaczepić na ulicy jakiegoś niemieckiego lekarza wojskowego.

– Do Brombergu panowie chcecie? Tam wasi ziomkowie świetnie się sprawili!

Chciałem już powiedzieć : >>Na pewno zasłużyliście na to<< – lecz przypominając sobie, że to cnota nad cnotami trzymać język za zębami, powstrzymałem się w ostatniej chwili. Prawdopodobnie kula w łeb byłaby odpowiedzią na moje zuchwałe słowa.

            O żadnej >>krwawej niedzieli<< w Bydgoszczy nic dotychczas nie wiedzieliśmy, ponieważ nie dotarły do nas jeszcze słowa goebbelsowskiej propagandy.

            Po wielu staraniach otrzymaliśmy tzw. Passierschein i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Przeżywaliśmy kilkakrotnie rewizje – najgorszą z nich była rewizja tuż za Włocławkiem, na granicy byłej dzielnicy pruskiej. Zapytany przez stacjonujących tam polowych żandarmów o zawód, prezydent podał, że jesteśmy zwyczajnymi urzędnikami.

– A macie przy sobie złoto lub srebro?

Odpowiedzieliśmy, że nie mamy ani jednego, ani drugiego.

– No to proszę do dokładniejszej kontroli – usłyszeliśmy z ust jednego z tych drabów. Na to odezwał się drugi :

– Zostaw ich, u urzędników z pewnością niczego nie znajdziemy.

Na to odezwał się pierwszy :

– A Rydz-Śmigły, to co? Też tylko był urzędnikiem i zabrał ze sobą wszystko złoto z polskiego skarbca. Dalej z wami do kontroli!

Skierowano nas do drewnianej budki przypominającej wiejski ustęp. Wtem, jak na zawołanie, zaczął padać rzęsisty deszcz i puszczono nas, dzięki Bogu, bez tej dokładnej kontroli. Ponieważ i prezydent, i ja mieliśmy w kieszonkach kilka złotych monet (otrzymałem je od dalekich krewnych w Warszawie w czasie kilkugodzinnej przerwy        w podróży), rewizja taka na pewno fatalnie by się skończyła.

Przejeżdżając przez Inowrocław wstąpiliśmy do jednego ze znajomych Barciszewskiego, któremu oddaliśmy do przechowania nasze złoto w obawie, że raz jeszcze może nas spotkać podobna przygoda. Owego człowieka krótko potem wysłano do Dachau i pieniądze odzyskałem dopiero po wojnie.

Wreszcie – w pierwszą niedzielę październikową – dotarliśmy do miasta nad Brdą. Prezydent widząc, że pod jego siedziba kręcą się jacyś funkcjonariusze w mundurach hitlerowskich, zatrzymał się w mieszkaniu spokrewnionej z nim rodziny, ja zaś i kolega Czajkowski skierowaliśmy się do swoich domów.

Po krótkim odpoczynku raz jeszcze odwiedziłem Barciszewskiego, chcąc mu oddać kilka tysięcy złotych, które mi dał wcześniej do przechowania. Zatrzymałem się u niego tylko przez chwilkę. Wychodząc spotkałem na schodach gestapowców, którzy – jak się następnego dnia dowiedziałem – wkrótce po moim wyjściu zaaresztowali Barciszewskiego i jego najbliższą rodzinę. Szofer samochodu, którym przyjechaliśmy (był to kierowca urzędu magistrackiego) zgłosił bowiem swój przyjazd u swoich przełożonych, wśród których – o czym nie wiedział – znajdowali się funkcjonariusze hitlerowscy. W ten sposób chcąc nie chcąc, zdradził zbyt wcześnie obecność prezydenta w Bydgoszczy.

Barciszewskiego – jak ogólnie wiadomo – rozstrzelano w dniu 11 listopada 1939 roku. Zawiadomiły o tym duże plakaty, rozklejone na słupach ogłoszeniowych. Sam ich nie wywieszał –  pogłoski na ten temat były fałszywe – nikt prezydenta po jego aresztowaniu w mieście nie widział.

Taki sam los spotkał jego dorastającego syna. Żonę i córkę zamknięto w areszcie,  którym przesiedziały przeszło dwa lata, zanim wypuszczono je na wolność.

Prezydent, decydując się na powrót ze Lwowa do Bydgoszczy, łudził się, iż będzie         (podobnie jak wówczas jeszcze Starzyński w Warszawie) – chociaż pod niemieckim nadzorem – dalej pełnił swoją funkcję lub w najgorszym razie pracował w handlu polsko-niemieckim, którego tajniki dobrze znał, będąc przez lata prezesem rady nadzorczej bydgoskiej firmy eksportowej ..Bacon<<. Tymczasem spotkał go tragiczny los”[14].

Nie sposób jednoznacznie określić, co skłoniło Barciszewskiego do powrotu. Być może, już we Lwowie dowiedział się z radia o tzw. „krwawej niedzieli” i zarzucie stawianym mu przez Niemców, jakoby sprzeniewierzył pieniądze z miejskiej kasy[15]. Usłyszawszy to oszczerstwo miał udać się do konsula niemieckiego we Lwowie i złożyć na jego ręce protest. Konsul natomiast miał zachęcać go do wyjaśnienia sprawy na miejscu. Można przypuszczać, że Barciszewski nie posiadał wówczas pełnej orientacji w tym, co działo się w jego mieście i o co był oskarżany. Prawdopodobnie dopiero w drodze powrotnej dowiedział się o wypadkach bydgoskich. Można przypuszczać, że po otrząśnięciu się z załamania zrozumiał swój niefortunny krok i postanowił go naprawić. Tego zamiaru nie zmienił, choć dowiedział się po drodze o grożącym mu niebezpieczeństwie. Jako długoletni pruski poddany, znający doskonale mentalność Niemców, miał pewne prawo sądzić, że jego sprawa zostanie rzetelnie wyjaśniona.

Po dotarciu do Grodu nad Brdą, Barciszewski wraz z żoną i dziećmi zatrzymał się      w mieszkaniu Chrzanowskich, swoich krewnych, przy ul Długiej 2. W dwie godziny po ich przybyciu, tj. ok. godziny 20.00, u Chrzanowskich zjawili się umundurowani funkcjonariusze gestapo, którzy aresztowali Barciszewskiego wraz z żoną i osiemnastoletnim synem, pozostawiając na wolności jego czternastoletnią córkę Danutę. Zatrzymanych przewieziono do siedziby bydgoskiego gestapo przy ul. Poniatowskiego 2. Przekonany o swej niewinności, miał zapewne nadzieję, że zostanie uwolniony. Był niezwykle opanowany.

Tymczasem 10 listopada 1939 r. został wyprowadzony z celi przez funkcjonariuszy gestapo. Po trzech godzinach powrócił złamany, zrezygnowany. Długo rozmawiał następnie ze współwięźniem – księdzem Janem Konopczyńskim, a w rozmowie tej często padało nazwisko komisarza miasta i kreisleitera NSDAP Wernera Kampe. Barciszewski powiedział księdzu Konopczyńskiemu, że wobec Kampego musiał się na rzecz miasta zrzec własnego majątku, gdyż jako polski prezydent działał na szkodę Niemców.

Piotr Godek, współwięzień prezydenta, pisał : „Barciszewski był kilkakrotnie przesłuchiwany i ponieważ nie podpisał kłamliwego protokołu – zbili go okrutnie.    Kiedy nasze cele odwiedził Himmler, przedstawiono mu Barciszewskiego jako                zakładnika ( … ) W celi przesiedziałem około 3 tygodnie. Zwolniono mnie w końcu na prośbę radnego, Niemca Bertrama, który poprzednio na posiedzeniach Rady Miejskiej zasiadywał     ze mną i wiedział, jakie było nasze postępowanie wobec Niemców miejscowych. Chciał on również wyprosić z rąk Gestapo Barciszewskiego, lecz mu się to nie udało”[16]. 

Wydaje się, że 10 listopada 1939 r. Leon Barciszewski stanął przed swoistym sądem polowym, który na mocy prawa wojennego skazał go na śmierć. Nie miał żadnej możliwości udowodnienia swego braku winy. Jego sprawa została rozstrzygnięta już wcześniej… To, co wydarzyło się 10 listopada, można uznać jedynie za przedstawienie, imitację procesu, która miała, być może, „ucywilizować” nieco dokonaną zbrodnię. W przekazanej mieszkańcom 11 listopada wiadomości podpisanej przez Kampego podano, iż tego właśnie dnia o godzinie 6.00 Leon Barciszewski został rozstrzelany z mocy prawa wojennego. Stracono go za to, że „w ostatnich tygodniach lekkomyślnym postępowaniem wykazał bez wątpienia największy brak odpowiedzialności i współwinę za krwawą niedzielę”. W sprawozdaniu sytuacyjnym Policji Bezpieczeństwa przesłanym do dowódcy Policji Bezpieczeństwa w Gdańsku pisano : W porozumieniu z kreisleiterem Kampe został tegoż dnia rozstrzelany były polski prezydent miasta Leon Barciszewski, ponieważ dochodzenia ustaliły, że wspomnianego należy uważać za najgorszego wroga Niemców i że nie użył swojego stanowiska służbowego i wpływu osobistego, aby zapobiec panującym tutaj w dniach 3 i 4 września rozruchom”. Należałoby, moim zdaniem, przypomnieć w tym momencie, że nie prezydent, a wojskowy dowódca odcinka był odpowiedzialny za bezpieczeństwo               w mieście, nie mówiąc już o tym, że Barciszewski opuścił 3 września Bydgoszcz i na bieg wypadków nie mógł mieć najmniejszego wpływu. Charakterystyczny jest przy tym fakt, jak szybko Niemcy zrezygnowali z zarzutu defraudacji pieniędzy z budżetu miasta.

Za śmierć prezydenta Barciszewskiego odpowiedzialny był niewątpliwie komisarz miasta Werner Kampe, z którym porozumiano się co do jego rozstrzelania. Nie sposób dociec, gdzie i w jakich okolicznościach odbyła się jego egzekucja. Mogła ona mieć miejsce w obozie dla internowanych Polaków na Jachcicach. Pewne jest jedynie to, że wieczorem    10  listopada kazano Barciszewskiemu zabrać swoje rzeczy i wywieziono go z bydgoskiego aresztu gestapo. Ani ciała, ani mogiły, nie odnaleziono[17]. Jego syn także został 10 listopada wyprowadzony z celi. Zaginął po nim wszelki ślad. Żonę natomiast przewieziono na Pawiak i w maju 1940 roku zwolniono.

Tragizm losów tego człowieka zamyka się, w mojej opinii, w stwierdzeniu,  że to nie naiwność czy brak wyobraźni, lecz najczystsza uczciwość kazała mu powrócić do miasta i wyjaśnić oszczercze zarzuty. Był świadomy tego, że proces nie będzie łatwy,  ale mimo to zaczął przygotowywać swą linię obrony. Niestety, na próżno…


[1] W ankietach personalnych podawał, że był przemysłowcem.

[2] Był to organ wychodźstwa polskiego w Niemczech, zwłaszcza w Berlinie.

[3] W 1913 roku Przytulisko zostało włączone do Towarzystwa Opieki nad Wychodźcami Sezonowymi.

[4] W marcu 1896 roku powstała w Berlinie Spółka Pożyczkowa, która wkrótce przemianowana została na Bank „Skarbona”. „>>Skarbonę<< założyłem w celu przyciągnięcia depozytów do kraju” – pisał o tej instytucji ksiądz Wawrzyniak. W Berlinie funkcjonowała wówczas grupa zamożnych Polaków – kupców, rzemieślników, restauratorów, lekarzy, adwokatów, inżynierów, urzędników. Składali oni dotąd swoje kapitały w bankach niemieckich. W skład pierwszego zarządu „Skarbony” weszli Władysław Berkan, Leon Barciszewski, Franciszek Kasprzak, Feliks Koszutski, Kazimierz Ziętowski i inni. Bank działał nieprzerwanie do końca I wojny światowej. W 1904 roku założono podobny Bank Ludowy „Pomoc”. Miał on siedzibę w Charlottenburgu, a przeznaczony był głównie dla robotników.

[5] Powołano ją przy Radzie Ludowej w Poznaniu. Działała pod kierownictwem Władysława Hertza, Bolesława Miedzińskiego i Kazimiery Sobierajskiej.

[6] Komitet Reemigracyjny powstał po zreorganizowaniu Komisji do Spraw Wychodźstwa przy Radzie Ludowej. Jego prezesem został Władysław Hertz, sekretarzem – Kazimiera Sobierajska, a kierownikiem sekretariatu – Bolesław Miedziński.

Przed Komitetem stanęły poważne zadania. Ich trudność dostrzec można było głównie w sytuacji,  w jakiej zostały podjęte. Na granicach Polski wciąż toczyły się walki. Transport uległ dezorganizacji. Administracja w Niemczech i w Polsce nie była ustabilizowana. Szykujących się do powrotu przybywało.  Znajdowali się wśród nich nie tylko Polacy z Berlina i terenów podlegających kompetencjom Komitetu Politycznego. Do masowej migracji szykowali się także ci z Nadrenii-Westfalii. Nimi wprawdzie Komitet bezpośrednio się nie zajmował, lecz wszystkie drogi wiodły przez Berlin.

[7] Alfred Wysocki, Tajemnice dyplomatycznego sejfu, Warszawa 1974, s. 57-58

[8] Pierwszym burmistrzem gnieźnieńskiem, po Niemcu Nollnerze, został Hełmski, który zrezygnował z pełnienia tej funkcji w 1923 r. Na jego miejsce wybrano sędziego Kustyka, lecz władze miejskie tej decyzji nie zatwierdziły.  Funkcje I burmistrza pełnił wówczas II burmistrz – inżynier Maksymilian Hensel. Dopiero w 1924 roku rada miejska wybrała na I burmistrza Leona Barciszewskiego, a na II burmistrza – Maksymiliana Hensla. W 1925 roku stali się oni prezydentem i wiceprezydentem miasta.

[9] Liczba bezrobotnych w Bydgoszczy sięgała 8 tysięcy, a 30 tysięcy, czyli ¼ mieszkańców, żyło w nędzy.

[10] Uchodził on za największy i najnowocześniejszy szpital miejski w Polsce.

[11] Był to efekt kontynuacji zabiegów poprzedników, zwłaszcza B. Śliwińskiego.

[12] Od 1930 roku był jego prezesem.

[13] Jako członek zarządu i szeregu komisji.

[14] Władysław Czarnowski, Ze wspomnień starego bydgoszczanina, Poznań 1969, s. 141 – 145

[15] Tadeusz Kuta w pracy „Imiona zbrodni” stwierdza : Prezydent miasta Leon Barciszewski zdecydował się na powrót do Bydgoszczy pod wpływem oszczerczych zarzutów, jakie postawiło mu radio niemieckie informując, że sprzeniewierzył on kasę miejską. Barciszewski przebywał wówczas we Lwowie, gdzie zatrzymał się po swoim wyjeździe z Bydgoszczy w dniu 2 września. Po usłyszeniu tej wiadomości, Barciszewski udał się do konsula niemieckiego, wobec którego złożył energiczny protest. Konsul wyraził mu swoje ubolewanie i jednocześnie gorąco zachęcił, aby wrócił on do Bydgoszczy i na miejscu wyjaśnił sprawę.

[16] cyt. za : Włodzimierz Jastrzębski, Terror i zbrodnia,  Warszawa 1974, s. 72 – 73

[17] Nie wyjaśniono dotąd do końca sprawy mogiły numer 14 na usytuowanym na Wzgórzu Wolności Cmentarzu Bohaterów. W „Ziemi Pomorskiej” z 13 listopada 1945 roku podano, że pochowani zostali tam : prezydent Leon Barciszewski, a także trzej bydgoscy radni – Góralewski, Janicki i Beyer. Z artykułu zamieszczonego 26 listopada 1945 roku w „Ilustrowanym Kurierze Polski” wynika jednak, że to nie Barciszewski, a Marian Miczuga, spoczywa we wspólnej mogile.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Wirtualizacja Placu Teatralnego w Bydgoszczy z okresu międzywojennego

Praca inżynierska p. Macieja Dejewskiego.

Film | Opublikowano by | Otagowano , | Dodaj komentarz